Postapokalipsa, zdjęcie - wizja przedstawiająca dziewczynkę na huśtawce

Bandurkowe Opowiadania #1 – „Myśli dnia ostatniego” cz. 1

Na bandurkowe polecenie (nadesłane z samej góry) ruszamy z całkowicie nowym cyklem! Oto pierwsza odsłona autorskich opowiadań naszej redakcji…

Specjalnie dla czytelników portalu, fanów szeroko pojętej fantastyki, przygotowaliśmy nowy, jeszcze cieplutki cykl, w którym będziemy mieli przyjemność dzielić się twórczością własną. Z pełną świadomością i powagą gwarantujemy, że kolejne opowiadania publikowane będą w odstępach ściśle nieregularnych.

Tymczasem z niecierpliwością i lekkim niepokojem wyglądamy reakcji, licząc, że choć trochę umilimy czas oczekiwania między premierami gier planszowych i komputerowych. W końcu przerwa na literaturę jest zawsze dobrym pomysłem.
Cytat własny.

Pierwsze zaprezentowane opowiadanie pt. „Myśli dnia ostatniego” przedstawia postapokaliptyczną wizję świata, w którym dla każdej jednostki liczy się tylko przetrwanie. Zapominając, że w życiu może chodzić o coś jeszcze.

Oto…

Myśli dnia ostatniego – część 1

Prolog
Obcy na ogrodzeniu

Wstawał przed świtem. Zawsze – niezależnie od pory roku.

Zegarka nie używał. Jednak ów mały przedmiot wciąż zakładał na prawy nadgarstek (na lewym przeszkadzał przy naciąganiu łuku). Nie potrafił się go pozbyć, czując zbyt wielki sentyment. Zegarek łączył ze starym światem jak przekaźnik w czasoprzestrzeni.

Dlaczego więc, skoro już go nosił, nie używał? W końcu baterii starczyłoby na bardzo długo! Otóż wolał od razu przyzwyczaić się do nowego stylu życia. Zapominając o reszcie. Przyswajanie jest przecież częścią ewolucji, a on musiał ewoluować.

Dlatego wstawał nie o piątej trzydzieści, lecz przed świtem – nim pierwszy brzask słońca rozświetlał nowy, wcale nie lepszy dzień. A każdy kolejny, aż do końca, miał być naznaczony nieustanną walką o przetrwanie. I w porządku… pogodził się z losem – lepiej przyjąć każdy jego podarunek, jednocześnie próbując przebłagać, żeby w końcu się do ciebie uśmiechnął, niż złorzeczyć i biadolić – to jak proszenie się o kolejne kłopoty. Tę prawdę odkrył dawno temu, jeszcze zanim wszystko się tak schrzaniło.

Dzień zaczynał od serii ćwiczeń. Nigdy nie przywiązywał dużej wagi do wyglądu, lecz teraz siła mięśni była podstawą. Mył się co kilka dni, chodząc do niedaleko płynącej rzeki bądź wykorzystując deszczówkę, gdy zebrał jej w nadmiarze. Golić również starał się przynajmniej raz w miesiącu. Nie wiedział, po co to robi ani dla kogo, ale i tej czynności nie chciał zaprzestawać. Kiedyś wmawiał sobie, że to dla innych, żeby nikogo nie wystraszyć przy spotkaniu, ale nie była to prawda – ludzi (przed, jak i po tym wszystkim) nienawidził jednakowo. Po ćwiczeniach przychodziła kolej na skromny posiłek – warzywa z ogródka i dziczyzna – który kończył w biegu: ruszał na obchód.

Żeby swobodnie przejść wzdłuż ogrodzenia, które otaczało jego teren, nie potrzeba było wiele czasu, musiał jednak sprawdzać je dokładnie, przez co praca wydłużała się niekiedy do dwóch-trzech godzin. Obszar miał kształt prostokąta, mniej więcej na jego środku stał dom. W tym budynku się urodził, wychował, mieszkał, a i liczył, że umrze. Jak sięgał pamięcią, dom zawsze pełen był ludzi krzątających się po nim. Samego rodzeństwa miał trójkę, jednak często ich odwiedzano; nie było weekendu, gdy nie mieli na karku jakiegoś krewnego. Czasami zdawało mu się, że widzi te twarze będące na skraju zapomnienia, że słyszy ich głosy o niezmienionych, acz prawie nierozpoznawalnych barwach; oczywiście wiedział, że są tylko urojeniami spowodowanymi nadmiarem wódy. Już dawno przestał im odpowiadać. Był sam i nic nie mogło tego zmienić ani cofnąć czasu.

Obchód zaczynał od części frontowej, jak zwykł ją nazywać. Kiedyś mieściła się tam uliczka i wjazd na posesję, teraz była w większości zabarykadowana i odcięta od świata. Znajdowała się tam nędzna imitacja bramy: nieduża szczelina, którą mógł rozszerzyć na tyle, aby zmieścił się w niej samochód. Nie jeździł często, auto robiło zbyt wiele hałasu, było je widać z daleka. Jednakże czasami musiał wyruszyć do miasta w poszukiwaniu zapasów czy części naprawczych, co na piechotę zajęłoby zbyt wiele czasu.

Coraz częściej zdarzało się, że zdziczałe zwierzęta próbowały przeleźć przez ogrodzenie. Z reguły kończyło się to ich śmiercią, lecz uszkadzały przy tym konstrukcję. Niekiedy ów delikwent przeżywał i uciekał – ciężej bądź lżej ranny. Pułapki wciąż były niedoskonałe, wymagały poprawy. Nie czerpał radości z zabijania tych zwierząt; za każdym razem, kiedy raniony psiak uciekał, czuł się nieswojo, wyobrażając sobie, że kona gdzieś wśród drzew. Dlatego, konstruując pułapki, starał się ustawiać je tak, żeby zabijały szybko i bezboleśnie.

Tego dnia już po kilku pierwszych spojrzeniach wiedział, że w nocy coś się wydarzyło. Zdziwił się natomiast, że nic nie słyszał – od frontowej części dom dzieliło ledwie kilka metrów. Pierwsze ślady krwi dostrzegł na trawie po wewnętrznej części ogrodzenia, dalej czekała cała kałuża.

– Coś dużego – mruknął, po czym sięgnął do pasa, wyszarpując z pochwy nóż myśliwski.

Sam mur wyglądał niepozornie – o to chodziło. Z początku można było stwierdzić, że jest to po prostu sterta złomu i szmelcu rozrzucona bezładnie, by zatarasować drogę. Nic bardziej mylnego. Każdy nieodpowiedni ruch, stąpnięcie mogły – i powinny – skończyć się źle. Aktywowana pułapka nadziewała napastnika na zaostrzone pręty czy też wybuchała, wypluwając odłamki szkła i gwoździ. Między innymi dlatego ogrodzenie wymagało tak wiele pracy – odwdzięczało się natomiast poczuciem bezpieczeństwa i możliwością spokojnego snu.

Powoli zbliżył się do miejsca, gdzie kałuża krwi miała swe źródło. Szczytu muru nie widział – zasłaniały go kątowniki podtrzymujące konstrukcję. Ustawiając drabinę w bezpiecznej odległości, zaczął wchodzić. Zastanawiał się, gdzie zakopać truchło i czy warto ryzykować zjedzeniem zwierzęcia. Jednak, gdy w końcu znalazł się na odpowiedniej wysokości, by móc obejrzeć nocną ofiarę swojego tworu, omal nie spadł. Przekleństwa wyrywały się z gardła, gdy patrzył na wykrzywioną bólem i strachem twarz mężczyzny; z prawego ucha wystawał mu pręt.

– A miał to być pies… Dlaczego on tu właził? Przecież powinien to być pies. Dlaczego to nie jest pies?!

Widział już martwego człowieka, nie jednego, nie dwóch; ale w tamtej chwili nie chciał go zobaczyć. Nie spodziewał się go zobaczyć. Nienawidził bezsensownej śmierci.

Martwy był w średnim wieku, ubrany w postrzępione dresy i wypłowiałą koszulkę. Zza zakrzepłej krwi okalającej jego oblicze przebijał długi zarost i brud, co mogło oznaczać, że jego życie, dopóki jeszcze trwało, nie było kolorowe. Jak zresztą mało kogo w tych czasach.

– Musiałeś, chłopie, zginąć na miejscu. Nawet bez najmniejszego krzyku.

Ale dlaczego nie usłyszał aktywowanej pułapki? Nie dawało mu to spokoju.

Kim był ten człowiek? Czy to na tyle zdesperowany ojciec szukający pożywienia dla swojej rodziny, że nie bał się wtargnięcia na obcy teren i kradzieży czy nawet morderstwa? „Przecież bym się z nim podzielił” – myślał. A może to był członek któregoś z gangów, wysłany na wybadanie okolicy i widząc otoczony, prawdopodobnie zamieszkany teren, połasił się na samodzielne działanie i ewentualny, mile widziany, gwałt. Jeśli jednak miał dobre zamiary, to dlaczego nie poczekał do rana bądź nie wołał, żeby się z nim porozumieć?

„Może gdyby jakimś cudem brodaty sforsował mur, to byłbym już martwy” – pomyślał. „Leżałbym z poderżniętym gardłem, a dom dopalał się nad moimi martwymi oczami.” Ta wersja wydawała się najbardziej prawdopodobna, smutek więc przeminął tak szybko jak się pojawił.

Odepchnął daleko od siebie myśli, że może mieć na rękach krew nie tylko brodatego, ale i jego rodziny. Wygodniej było mówić o nim jak o wrogu.

– Mimo wszystko, szkoda – podsumował i zabrał się do roboty.

Uznał, że niezależnie kim był obcy na ogrodzeniu, należy mu się szacunek. Pochował go za domem, w miejscu, gdzie kiedyś – dawno temu – rósł piękny, rozłożysty orzech włoski.

*

Zdziwił się, gdy pierwszą rzeczą, jaką znalazł przy ciele nieznajomego, był portfel. Doszedł jednak do wniosku, że mógł go nosić z czystego przyzwyczajenia czy sentymentu. „Tak jak ty zegarek” – pomyślał.

Między bezużyteczne dokumenty wciśnięto zdjęcie – pogięte i postrzępione, jakby miało kilkadziesiąt lat. Było jednak kolorowe, więc i w miarę aktualne. Obecny jego stan był zapewne konsekwencją wielokrotnego oglądania. Na fotografii znajdowała się kobieta. Była piękna, uśmiechnięta, w zwiewnej letniej sukience pozowała wśród różnobarwnych kwiatów. Kosmyki kręconych włosów luźno opadały na odsłonięte ramiona; widząc je, wyobraził sobie dzień, kiedy zrobiono to zdjęcie: słoneczny, nawet bez jednej chmurki, z delikatnie powiewającym wiatrem. W tle stał domek, zapewne letniskowy – pamiątka z wakacji? Najwidoczniej. Niezależnie czy była to córka, czy żona mężczyzny, na pewno już nie żyła. Tak jak i on…

Nie myśląc zbyt wiele, złożył zdjęcie na pół i schował do kieszeni.

W portfelu było jeszcze kilka banknotów, które również postanowił zabrać – nadawały się na podpałkę, choć czuło się od nich smród setek poprzednich właścicieli.

Jeśli chodzi o broń, to znalazł jedynie wyszczerbiony nóż kuchenny. Echo dobrych zamiarów brodatego zaczęło dobijać się na powierzchnię jego myśli.

„Jak ktoś z takim kozikiem mógłby chcieć zwojować świat?”

– Nie wiem, dźgnąć można nawet szczotą do kibla!

Do domu prawie że wbiegł. Skierował się do kuchni i chwyciwszy ze stołu litrową butelkę samogonu, zapełnioną już tylko w jednej czwartej, wypił duszkiem pozostałość. Poczuł się trochę lepiej, na tyle, żeby móc kontynuować pracę.

Wyszedł z powrotem na zewnątrz, spojrzał w jarzące się słońce. Oceniając jego wysokość, stwierdził, że stracił dużo czasu, lecz miał go jeszcze wystarczająco, żeby móc dokończyć obchód przed wyjazdem. Był to przecież „dzień poszukiwań”, „dzień wypadu”.

Rozdział 1
Szukając, zostać znalezionym

W Polsce pikapy nie należały do najpopularniejszych samochodów, mimo to wyszukał dla siebie jednego. Potrzebował maszyny mocnej i pojemnej, w końcu nie musiał narzekać na wysokie ceny paliw. Mitsubishi L200 stało porzucone w podziemnym parkingu jednej z galerii handlowych w mieście, aż błagało, żeby wygarnąć je z odmętów zapomnienia. Nie omieszkał odpowiednio wzmocnić pojazdu, aby ten mógł bez przeszkód poruszać się po nierzadko zagraconej drodze. Zdemontował tylne siedzenia, zwiększając tym ładowność i miejsce – rodzinnego auta chwilowo nie potrzebował.

Wyruszył bezpośrednio w stronę miasta. Gdzieniegdzie prześwitujące pordzewiałe, brudne znaki wrzeszczały, że znacznie przekroczył dozwoloną prędkość.

– Oby dzisiaj nigdzie nie stali – powiedział i zaśmiał się głośno.

Za cel obrał spore blokowisko, gdzie wcześniej nie bywał. Istniało wysokie ryzyko konfrontacji z ocalałymi bądź – co gorsza – z którymś z gangów, jednak miał nadzieję, że mu się to opłaci. Znaleziska powinny być obfite, a on pilnie potrzebował kilku części do modernizacji ogrodzenia.

„A jeśli jego rodzina umiera? A może jego ziomkowie właśnie plądrują ci dom?”

– Och, przymknij się w końcu!

Docisnął pedał gazu do podłogi, chcąc choć trochę nadrobić stracony czas. Liczył, że przed zmrokiem przeszuka co najmniej kilka mieszkań. Po ciemku zagrożenie rosło kilkukrotnie, nic więc dziwnego, że nie lubił wtedy przebywać na nieznanym terenie.

Zbliżając się do pierwszych bloków, rozglądał się uważnie na wszystkie strony. Obiecał sobie, że jeśli zobaczy jakiekolwiek ślady obecności którejś z grup, to odjedzie, nie oglądając się za siebie.

Kiedy wjechał między budynki, musiał zwolnić. Co kilkadziesiąt metrów drogę przecinały jakże irytujące progi zwalniające, nikomu już dzisiaj niepotrzebne. Mitsubishi zaparkował między dwoma blokami oznaczonymi odpowiednio numerami: 128 i 130. Auto starał się ustawić tak, żeby było jak najmniej widoczne z drogi i gotowe do szybkiej ucieczki. Już dawno nauczył się, że lepiej zapomnieć o takich słowach jak „niespodzianka” czy „zaskoczenie”.

Nie wyszedł od razu. Przewiesił przez plecy kołczan pełen strzał, sprawdził, czy pas z ekwipunkiem (opatrunkami, nożami, wodą, liną, krzesiwem, latarką i prowiantem) nie jest poluzowany. Przypiął do niego dużą torbę na zbiory i w końcu wziął do ręki sam łuk – bloczkowy, na który na pewno nie byłoby go kiedyś stać – na zewnątrz przypiął go do klamry na plecach, tuż obok kołczanu.

Auta nie zamykał – w razie ucieczki to właśnie czas odgrywał kluczową rolę, nie mógł więc sobie pozwolić na jego marnowanie – lecz same kluczyki zabierał ze sobą. Radia nikt mu nie ukradnie, a on jedyne czego chciał uniknąć to sytuacja, w której wraca do wozu, a wozu nie ma.

Wybrał blok. Numer 128 wyglądał dobrze. Podczas przeszukiwania brał wszystko, co wydawało mu się chociaż odrobinę przydatne – od leków przez ubrania po dziecięce kredki. Lubił tę robotę; wyobrażał sobie ludzi żyjących w tych mieszkaniach, kim byli, jak się zachowywali, co robili. Czasami nadawał im imiona, tworzył osobowości, widząc zdjęcia w ramkach na meblach czy jakieś charakterystyczne przedmioty jak gitara lub stos filmów na DVD. Dzięki temu czuł się mniej samotnie i zabijał dopadające go poczucie winy. Myślał o sobie jak o hienie cmentarnej, co przechodziło, gdy wmawiał sobie, że zna tych ludzi i jest w miejscu, do którego i tak zostałby zaproszony.

Tym sposobem znalazł się u Jacka i Aliny – starszego bezdzietnego małżeństwa. Dużo podróżowali, po całym świecie. Salon zawalony był zdjęciami z różnych zakątków globu: tu Paryż, tam Andy, Nowy Jork, Egipt, ciepłe kraje (zapewne Hawaje). Jacek i Alina zawsze przybierali identyczną pozę: on obejmował żonę, ona głupio szczerzyła się do obiektywu; zmieniało się tylko tło ich cholernych wycieczek.

Zdawali się być szczęśliwi, ale to tylko złudzenie, przywdziane maski, pod którymi skrywała się życiowa pustka – brak dzieci, potomstwa, które przedłużyłoby ich żałosne rody, a może i zdrada któregoś bądź i obojga. Mimo że z każdego zdjęcia krzyczeli: „zobaczcie, jacy jesteśmy szczęśliwi!”, nikt im nie wierzył. Każdy znał prawdę.

Nie lubił Jacka i Aliny.

Musiał jednak przyznać, że ich mieszkanie było pełne przydatnych przedmiotów. Lecz zanim się tego dowiedział, przyszło mu wywarzyć drzwi wejściowe: stękając, pękły zawiasy i drewno uderzyło o podłogę.

Zatrzymał się i wytężył słuch. Gdy echo ucichło, nic nie mąciło martwej ciszy.

Wewnątrz znalazł dużo jakościowych ubrań na każdą porę roku. Były tam grube, ciepłe kurtki, podszywane spodnie i buty do wspinaczki górskiej – wszystko z jackowych wycieczek. Ponadto kolekcja małżeństwa obejmowała termoaktywną bieliznę, gogle do nurkowania, kapelusze, okulary przeciwsłoneczne – a to i tak niewielki procent całości. Znalazł nawet strzelbę, choć z goryczą stwierdził, że to tylko atrapa.

Z bronią palną było ciężko, to nie amerykański film i mało kto posiadał na nią papiery, a posterunku policji odwiedzić się nie odważył – na pewno nie on jeden o tym pomyślał. Miał jednak łuk i radził sobie z nim co najmniej nieźle, a i strzały potrafił wytwarzać na własną rękę.

Do plecaka wpakował ile tylko zdołał – damskie rzeczy Aliny również zabrał, marnotrawstwa nie znosił; pożyczył przez to także dwie torby podróżne na kółkach. Całość wrzucił na pakę mitsubishi.

Czuł się zmęczony, miał zawroty głowy, co zrzucił to na wypitą wcześniej wódkę.

– Dobrze, że nie ma kto mnie zatrzymać na dmuchanie. Co myślisz, Jacek?

Podobnie potoczyło się w kilku kolejnych mieszkaniach.

W końcu dotarł do lokalu numer dwadzieścia osiem. Pod metalowym numerem zawieszonym na drzwiach znajdowała się tabliczka z wypisanym nazwiskiem lokatorów:

I. Z. Goźniakowie

– I. Z. Goźniakowie – przeczytał na głos. – Irenka i Zbyszek.

Dziwnie się poczuł. Często znajdował podobne wywieszki i nie przywiązywał do nich większej wagi. Aż do teraz.

Wytężył pamięć, starając się przypomnieć sobie, czy nazwisko to nie przewinęło się gdzieś w jego poprzednim życiu. Rezultat był mizerny. Zawahał się, lecz nadeszła chwila na zreflektowanie. „Czas dokończyć robotę” – pomyślał. Sięgnął w stronę klamki.

Drzwi nie były zaryglowane, bez przeszkód otworzyły przed nim swoje wnętrze – wielu ludzi w ostatnich chwilach nie zważało na takie błahostki jak zakluczenie mieszkania. Pchnął nieco zbyt mocno: klamka uderzyła w ścianę, powodując niemały hałas. Przygotował się na stęchły zapach niewietrzonego pomieszczenia i zgniłej żywności, lecz nic takiego nie nastąpiło.

Postąpił krok naprzód. Wciągnął powietrze w nozdrza i poczuł ten zawsze różny, niezwykle charakterystyczny zapach „innego domu”. Domu, gdzie ktoś mieszka, ktoś do kogo nie jest się przyzwyczajonym… Było w tym coś jeszcze i gdy uświadomił sobie, że jest to woń niedawnej śmierci, wyćwiczonym ruchem sięgnął za plecy po łuk. Po upływie trzech sekund miał już strzałę nałożoną na naciągniętą cięciwę. Wycelował przed siebie. Stąpał powoli, krok za krokiem.

– Jest tu ktoś? – Cisza. Nawet najmniejszy szmer nie dotarł do jego uszu, czuł jednak, że ktoś jeszcze znajduje się w mieszkaniu numer dwadzieścia osiem. – Przepraszam, że zakłóciłem spokój, nie zrobiłem tego celowo. Jestem szukaczem… – Zorientował się, jak głupio to zabrzmiało. Zaklął pod nosem. „Nie używaj głupich słów z twojego głupiego słownika!” – pomyślał.

– Ja… – zaczął ponownie. – Szukam przedmiotów do przeżycia. Nie wiedziałem, że tutaj ktoś mieszka.

Odczekał chwilę. I tym razem odpowiedź nie nadeszła.

– W porządku, wychodzę – powiedział.

Zaczął się cofać, przodem do wnętrza mieszkania, z nadal naciągniętym łukiem. Nie miał złych zamiarów, Bóg mu świadkiem, ale również nie chciał zostać zaskoczony przez na wpół oszalałego, zdegenerowanego człowieka.

Był już na korytarzu i mocował się z drzwiami, żeby pociągnąć je za sobą i zamknąć. Postanowił, że od razu opuści to miejsce i wróci do domu. I zapomni, na zawsze. A do tego potrzebował wódki. Dużo wódki.

– Poczekaj! – Usłyszeć głos niewydobywający się z jego gardła było czymś niezwykłym. Zastygł w bezruchu, nie chcąc wydawać nawet najmniejszych dźwięków. Próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nie był to kolejny już nawrót wytworów jego umysłu, lecz tego brzmienia z przeszłości nie rozpoznał. – Nie jesteś od nich? – Kolejne wypowiadane słowa dochodzące z wnętrza mieszkania utwierdziły go w przekonaniu, że tym razem nie ma majaków.

To kobieta.

– Jestem sam.

– Jak mam ci wierzyć?

– Nie musisz. Właśnie wychodziłem… Moje auto stoi za blokiem. Jeśli wyjrzysz przez okno, to je zauważysz. Nikogo tam nie ma.

Znowu zapanowała cisza. A może jednak była to halucynacja napędzana przez alkohol? Zawahał się, chciał domknąć drzwi i zapomnieć o sprawie. Nie zrobił tego. Ponownie zaklął.

– Nie potrzebujesz pomocy?

– Zabili go… Nie mogłam, nie umiała mu pomóc! – Histeryczny krzyk rozniósł się naokoło. Miał nadzieję, że nie za daleko.

– Na pewno zrobiłaś wszystko, co w twojej mocy – powiedział uspokajająco. Popuścił cięciwę, schował strzałę do kołczanu. – Gdzie jesteś? Pomogę ci. Jesteś ranna?

– Nie! Wynoś się! Nie wchodź! Mam broń! Zabiję cię, rozumiesz?!

Rozumiał.

– Dobrze, nie wejdę. – Po chwili namysłu dodał: – Idę do auta. Będę pakował graty, co zajmie mi z pół godziny. Jeśli będziesz chciała… przyjdź, zabiorę cię ze sobą.

Nie czekał na odpowiedź. Zatrzasnął drzwi, odwrócił się i zbiegł po schodach, wypadając na zewnątrz. Kiedy szedł do pikapa, zastanawiał się, czy dobrze postąpił, zostawiając ją w mieszkaniu samą, jednocześnie zapraszając do siebie.

Cały czas wydawało mu się, że z wnętrza bloku numer 128, z dwudziestego ósmego mieszkania, dochodzą do niego ciche szlochy.

*

Podświadomie się ociągał, opóźniając pracę. Gdy tylko zdał sobie z tego sprawę, uznał się za ostatniego kretyna. Spojrzał w niebo. Słońce podpowiadało mu, że upłynęło już ustalone trzydzieści minut, postanowił dłużej nie czekać. Zaczął wciągać plandekę na pakę, zabezpieczając się przed zgubieniem czegokolwiek podczas jazdy.

W pewnym momencie usłyszał za plecami szelest, coś jakby delikatnie, acz nieudolnie stawiane kroki. Pomyślał o kobiecie, lecz to nie mogła być ona. Ten ktoś był zbyt ostrożny, niczym myśliwy podkradający się do zwierzyny. Nie czekając dłużej, puścił materiał plandeki, który poddał się szargającemu go wiatrowi, i sięgnął po leżący obok łuk.

W dwa uderzenia serca później stał przodem do zagrożenia: zaskoczonego młodego chłopca, który zastygł w półkroku. Szybkość ruchów niedoszłej ofiary nie tyle go zdziwiła, co zatrwożyła, a to nie uszło uwadze samego zainteresowanego. Przepełnione strachem oczy chłopaka przeskakiwały z trzymanej w ręce maczety na wycelowaną w niego strzałę.

„Nie zdążysz, dzieciaku. Nie rób tego.”

Nie mógł mieć więcej jak dwadzieścia lat. Praktycznie całe życie spędził w tym szajsie i prawdopodobnie jedynym, co znał, były morderstwa, nienawiść i agresja. Mężczyzna dostrzegł w oczach smarkacza zapadającą decyzję.

„Trudno…”

Rozluźnił palce, zwalniając cięciwę.

Nie był to czysty strzał. Zabrakło mu skupienia – przez alkohol? tę kobietę? – poczuł jak cięciwa uderza w ochraniacz na przedramieniu. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz pozwolił sobie na taki błąd, lecz i sytuacja była… inna. Strzała, zwiastun śmierci, wyrwała do przodu. Cichy krótki świst pocisku został przerwany głuchym stęknięciem, gdy metalowy grot przebijał ubranie i ciało chłopaka. Powietrze uciekło z płuc ranionego, osunął się na ziemię. Ręce, już wolne od ciężaru maczety, powędrowały do piersi, z której sterczały lotki, zacisnęły się na nich.

– To na nic. Umrzesz.

Po tym nie trwającym dłużej niż minutę zdarzeniu stało się coś, czego nie przewidział, a powinien. Zaczęli do niego strzelać; i to nie z łuku czy nawet kuszy, ale z prawdziwej broni palnej.

Szczęśliwie pierwsze pociski zaryły w chodnik, rykoszetując i jedynie o centymetry mijając jego nogi. Kolejne byłyby celniejsze, gdyby nie rzucił się za mitsubishi, którego wzmocnienia w końcu mógł przetestować.

Słyszał świszczące w powietrzu kule, jak uderzają o stal, obijając wóz. Nie miał żadnych szans, żeby wychylić się i oddać strzał.

– Przynajmniej już wiem, kim są ci „oni” – mruknął, wspominając słowa kobiety.

Nie zamierzał czekać, aż któraś z kul znajdzie drogę do jego tyłka. Przesunął się w stronę kabiny i miejsca kierowcy. Nie zjawiła się, czekał na nią, przez co wpadł w kłopoty, „więc chrzanić to!” – myślał. „Niech sobie radzi sama.”

– Rozwalcie go zanim ucieknie! – Doszło do jego uszu.

– Nie! – Starał się przekrzyczeć huk wystrzałów. – Dogadajmy się! Oddam moją dzisiejszą zdobycz!

– Wstrzymać ogień! – I po chwili: – Co tam wołasz?

– Chcę się dogadać! Oddam wam towar.

Trudno mieć zaufanie do świerzbiących, nadal spoczywających na spustach, palców członków gangu. Nie ruszał się więc zza auta, które pomyślnie zdało egzamin dojrzałości.

– A jeśli cię sprzątniemy – kontynuował wyraźnie rozbawiony zbir – to będziemy mieli z tym problem, co, dziadku?

„Zabiję go…”

Ale uwaga była słuszna. Przekalkulował wszystko, co mógł i co chciał powiedzieć, po czym rzucił:

– Mam informacje. Cenne.

Teraz po drugiej stronie zapanowała cisza.

– W porządku. Pogadamy!

*

Miewał już do czynienia z podobnymi bandami i wiedział, że uratować go mogą tylko ostrożność i rozwaga. Wiedział również, że i tak go zabiją przy pierwszej lepszej okazji, kiedy tylko uznają, że niczego więcej się od niego nie dowiedzą.

Zastrzegł więc z góry, że tylko jeden z nich może podejść, a on zza auta się nie ruszy.

– Odłóż broń, przyjacielu – powiedział zbir, zbliżając się. – Ja jestem bezbronny.

Na pozór miał rację, ale na pewno schował gdzieś nóż bądź pistolet. „Trudno, takie są zasady w tej grze” – pomyślał.

Odłożył łuk – nie dalej jak na wyciągnięcie ręki. Przyjrzał się wysłanemu do niego zbirowi. Musiał być niewiele starszy od tego, który padł martwy kilka chwil wcześniej. Pokrywała go niewyobrażalnie gruba warstwa brudu (co nawet teraz budziło wstręt i mdłości). Gębę porastał mu rzadki zarost, spod którego świeciły blizny po pryszczach, nos miał złamany, przekrzywiony na lewo, jakby chciał uciec, ale przyłapano go w ostatniej chwili.

– Skąd jesteście? – spytał, nim pryszczaty zdążył odsłonić czarne zęby.

– Nie pogrywaj se! Gadaj, co chciałeś i lepiej, żebyś nie pieprzył.

Liczył, że ukradnie trochę czasu, ale prawdopodobny „szef” grupy nie należał do cierpliwych. Podniósł ręce w uspokajającym geście. Czuł pot spływający po plecach, oczyma wyobraźni widział coraz szersze ciemne plamy pod pachami.

– Chciałem ograniczyć zbędne dla was informacje… Najważniejsze to omijać krajową dwudziestkę piątkę, to teren sporej grupy, na którą lepiej nie wpadać. A w tamtejszych lasach… nie warto zbyt długo przebywać. – Zamilkł, czekając na reakcję pryszczatego. Ten z kolei wypatrywał dalszego ciągu. „Cholera.”

– To wszystko? – zaśmiał się młody. – Myślisz, że tego nie wiedzieliśmy? Cienko wyceniasz życie, gościu. A może myślisz, że my se jaja robimy?

– Nie.

– A mi się wydaje, że tak kurna myślisz. Sprzątnąłeś mojego kumpla. – Wskazał na ciało. – Musisz się bardziej postarać, żeby mi to wynagrodzić. Gościu, co ja powiem jego matce?

„Pieprzyć ostrożność i rozwagę.”

Tego było za wiele. Chwycił łuk i po raz kolejny tego dnia wykonał te same wyćwiczone ruchy; po raz kolejny na widzącym to człowieku odmalowało się przerażenie.

– Ty chyba, kmiocie zawszony, żartujesz. Zaatakowaliście mnie! JA chciałem stąd odjechać. Twój koleżka zginął zasłużenie i cieszyć się możesz, żeś go wysłał, bo gdybyś sam poszedł, był byś bogatszy o strzałę w dupie. Myślisz, że uwierzę, że gdzieś tam czeka na niego matka?

Tym razem to zbir uniósł ręce.

– Dobra, do-obra! Nie denerwuj się. P-powiesz nam coś jeszcze? Może… może spotkałeś kogoś w którymś z mieszkań? Kogoś zgubiliśmy i nie możemy znaleźć. A czasy niebezpieczne… – Przez twarz pryszczatego przeszła cała gama tików. Zupełnie nie mógł nad nimi zapanować. W końcu uśmiechnął się, ukazując niemałe problemy z uzębieniem.

– Nikogo nie widziałem – odparł.

– Szkoda… – Chytre oczka próbowały przeszyć go na wylot. Kłamstwa jednak nie znalazły, bo już po chwili młody kontynuował: – To pokaż, gościu, co tam masz. – Gdy wypowiedział ostatnie słowo, podniósł rękę z dwoma wyprostowanymi palcami, jakby zgłaszał się do odpowiedzi na lekcji matematyki, po czym skoczył naprzód, nurkując pod mitsubishi. Huk wystrzałów zaczął na nowo rozrywać świat dokoła.

Wypuścił strzałę w ślad za cwaniaczkiem – spudłował, czego bardzo żałował. Pojawiało się jednak inne zmartwienie – strzelali do niego z kilku stron. Jakby tego było mało, ktoś zachodził go od tyłu, odcinając drogę ucieczki. Nim się obejrzał, dwóch osiłków rzuciło się na niego z dziką furią. Pierwszy uzbrojony w metalową pałkę, drugi – drewniany kij nabijany gwoździami.

Pierwszy cios sparował pionem łuku. Tworzywo sztuczne zatrzeszczało niebezpiecznie i przez krótką chwilę był pewien, że został bez broni. Szczęśliwie syntetyk wytrzymał, a i manewr w pełni się powiódł. Przeszedł do kontrataku, waląc ramieniem łuku w nos napastnika i łamiąc go. Butem wybił mu z głowy dalszą walkę, poprawiając jeszcze, dla pewności, w krocze. Jednak na celebrację było za wcześnie. Na kilka sekund stracił drugiego oprycha z oczu, lecz to wystarczyło. W ostatniej chwili dostrzegł spadający mu na głowę kij przypominający jeża. Wykonał unik, co uratowało mu życie, jednakże nie ustrzegło przed ostrym szpikulcem, który rozorał mu skórę na czole. Ciepła krew spłynęła po oczach i brodzie, skapując na koszulę, spodnie i chodnik.

Raz za razem przecierał twarz, lecz nowe strumienie ponownie mu ją zalewały, zmieniając świat w jedną wielką czerwień. Jego szanse malały; szybko i drastycznie.

Widział bandytę szykującego się do kolejnego uderzenia. Bezradnie uniósł dłonie, w których wciąż trzymał łuk. „Ostatni gest rozpaczy?” – pomyślał i zamknął oczy.

Cios nie nadchodził.

Coś się jednak zmieniło… to dźwięki! Do walki dołączył ktoś jeszcze, i tym razem był to sojusznik.

Rozchylił powieki. Zauważył niewyraźną sylwetkę wybawcy i, tak jak podejrzewał, była to TA kobieta. Rzuciła się na bandytę, waląc go kamieniem trzymanym w dłoni. Padł na chodnik, uderzając głową o krawężnik – więcej się nie poruszył.

Podpierając się na łuku – już nie obchodziło go, czy się złamie – podniósł się chwiejnie. Ściągnął koszulę, mokrą od krwi i potu, jeszcze raz wytarł twarz i przycisnął ją do rany. Podziałało, w końcu mógł lepiej przyjrzeć się kobiecie, która wyrwała go z rąk śmierci.

– To ty…

– Ja. Byłeś w moim mieszkaniu, a ja cię wyrzuciłam. A teraz szybciej. – Głos miała identyczny jak wtedy, w dwudziestce ósemce, ale wydawało mu się, że należy do kogoś innego. Nie do tej wystraszonej, zrozpaczonej kobiety.

Tymczasem bandyci wznowili przygważdżający ostrzał, widząc, że ich kompani zostali zabici. Dwójka schowana za samochodem przywarła do niego plecami. Nisko pochyleni, przesunęli się w stronę szoferki. Otworzył drzwi i powiedział, żeby wskoczyła do środka. Posłuchała, choć nie bez oporów, z powątpiewaniem patrząc na metalowe wzmocnienia na szybie i blasze. Przesunęła się na fotel pasażera, robiąc mu miejsce za kierownicą.

Widział to wszystko jak w zwolnionym tempie: przywierającą do podłogi mitsubishi dziewczynę; kule odbijające się od pancerza, który na razie radził sobie doskonale; i co najgorsze, własne ruchy – zdecydowanie najwolniejsze. Kiedy jedną nogą był już w aucie i myślał o jak najszybszej drodze ucieczki, poczuł paraliżujący ból w plecach. Rzuciło nim na drzwi wozu.

„Dostałem.”

Usłyszał kobiecy krzyk, przez który przebił się śmiech. „Pryszczaty… jak mogłem o nim zapomnieć” – pomyślał. Zrobiło mu się czarno przed oczami.

– Raz czerwono, raz czarno…

Zebrał się w sobie i szarpnął, próbując wstać. Odrzucił łuk – mając nadzieję, że trafił na pakę – przytrzymał się drzwi. W drugiej ręce wciąż trzymał koszulę-opatrunek, wyciągnął ją teraz w stronę kobiety, pozwalając, żeby krew ponownie zalała mu twarz.

– Pomóż.

Momentalnie otrząsnęła się z szoku, położyła wzdłuż siedzeń i pomogła mu wtoczyć się do środka. Pociągnął za sobą drzwi, zatrzaskując je przed światem. Oparł się na fotelu i krzyknął z bólu, gdy rana na gołym ciele przywarła do szorstkiego materiału.

Omal nie zemdlał. Chyba zwymiotował, ale nie zemdlał – wiedział, że to oznaczałoby koniec zapewne ich obojga. Włożył kluczyk do stacyjki i przekręcił. Silnik zaskoczył od razu.

– Dasz radę prowadzić? – spytała.

„Muszę” – odpowiedział w myślach, bo na nic innego nie było go już stać. Każde marnotrawienie sił mogło być zgubne w skutkach.

Wcisnął pedał gazu do samej podłogi, auto wyrwało do przodu. Ostatnie strzały rozbiły przednią szybę.

„Dobrze, więcej powietrza” – pomyślał.

*

Mimo że pragnął tego całym sobą, od razu ku domowi jechać nie mógł. Nie widział grupy pościgowej, lecz wcale to nie oznaczało, że jej nie było. Gdy kobieta wreszcie spytała, dlaczego jeżdżą w kółko, opowiedział o swoich obawach, robiąc częste przerwy, żeby zebrać siły. Pokiwała głową – nie wiedział, czy go popiera, czy nie chciała męczyć rozmową.

Słońce zmierzało ku zachodowi, a on czuł, że gaśnie razem z nim.

– Zamieńmy się… zanim zemdleję – powiedział i zatrzymał pojazd na środku drogi.

Kiedy wyszła, spróbował przesunąć się na miejsce pasażera. Widział krwawe ślady, które pozostawił na tapicerce. W końcu padł, wycieńczony, na fotelu, gdzie przed chwilą siedziała jego nowa towarzyszka. Ta z kolei usiadła za kierownicą, nie zważając na lepką czerwień.

Odjął koszulę od głowy. Rozerwał ją na pół, po czym jedną częścią obwiązał czoło. Drugi skrawek materiału zwinął i przycisnął do rany na plecach, łapczywie łapiąc powietrze. Wiatr wpadający przez rozbite okno zdawał się w ogóle mu go nie dostarczać.

– Posłuchaj mnie teraz… – odezwał się. – Zaraz zemdleję… Staraj się, żebym opatrunek miał przyciśnięty do rany… Musisz wiedzieć, gdzie jechać.

– Gdzie?

– Do… bezpiecznego miejsca. Nie najprostszą drogą. Poznasz na pewno…

Był zmęczony. Bardzo zmęczony. Robiło mu się ciemno przed oczami. Chciał spać, zebrał się jednak w sobie i zmusił do dalszego wysapywania słów:

– Skrajnie z lewej jest wjazd… Uważaj, bo… są tam pułapki. Pod metalowym słupkiem… dźwignia… Pociągnij. Brama się uchyli. W domu… apteczka.

Kiwała głową, lecz wcale jej nie widział. Nie miał siły by otwierać oczy.

– Słuchaj…

– Ania. Mam na imię Ania.

„Wiem, znam cię” – pomyślał.

– Aniu… – I ostatkiem sił wytłumaczył, jak dojechać do domu, który już dawno nie miewał gości, tym bardziej dwóch głów pod swoim dachem. Lecz ponownie z niego zakpiono, bo oto, kiedy wszystko miało się zmienić, gość szybko mógł stać się właścicielem, nie mniej samotnym niż on dotychczas.

A to wszystko, jeśli nie da rady i umrze.

W końcu stracił przytomność, oddając się w ręce Ani – kobiety kiedyś mu znanej, teraz zupełnie obcej.

Ciąg dalszy nastąpi…